Opowiadania i gry

Mąż Bharti, Wisznu Ghodke, miał dwóch znajomych, którzy zamierzali otworzyć biuro podróży. Jego udziały miały być niewielkie, ale nawet na to potrzebował pięciu lakhów, a miał niecałe trzy. Tymczasem Śalini przetrzymywała ponad dwa. I dlatego właśnie Bharti siedziała w tym domu, w czwartkowy wieczór, rozdrażniona i zła. Śalini i Katekar siedem lat temu zapłacili sześć lakhów za ten dom. Zapłacili w czterech bolesnych ratach, gotówką, wyciśniętą z tysięcy umytych talerzy i wypranych halek, z niezliczonych pięćdziesięcio- i sturupiowych łapówek. Dzięki temu ona i jej synowie mieli teraz dach nad głową, dwa pokoje i kuchnię, które były ich własnością. Tego właśnie pragnął Katekar, chciał być właścicielem, mieć kawałek ziemi, która nie będzie należała do państwa ani do właściciela posiadłości, pragnął mieć bezpieczny dom. I dał im to. A potem zginął. Świadomość jego nieobecności dociera do Śalini w nękającym ją od czasu do czasu spazmie mięśni, biegnącym przez plecy do żołądka. Odetchnęła głęboko, a potem jeszcze raz.

Zasiłki, fundusz zapomogowy i drobne oszczędności Katekara dały w sumie sześćdziesiąt siedem tysięcy siedem rupii i siedemdziesiąt cztery paisy. Rząd stanowy natychmiast przyznał rodzinie zmarłego zapomogę w wysokości dwóch lakhów, ale dziewięć i pół miesiąca trwało, zanim czek przedarł się przez meandry urzędu Mantralaja i przez nadgorliwą skrupulatność urzędników poszczególnych wydziałów. Minął prawie rok od śmierci męża, zanim Śalini mogła zrealizować czek i zdeponowała pieniądze na koncie. Obecnie całymi dniami biegała po sześciu gospodarstwach domowych, w których prała ubrania i zmywała naczynia, wykonując dźharu-katkę, a w każdym z tych domów za sprzątanie otrzymywała po tysiąc rupii. continue reading…

Andźali szybko notuje na białym bloczku. K. D. słucha, jak jej pióro skrzypi po papierze. Andźali kończy pisanie i wyczekuje, czeka na jego dalsze słowa. Ale to już wszystko, co może jej powiedzieć. Razem czekają na pieniądze. Tuż po pierwszej przyjeżdża Amit Sarkar i przywozi ze sobą walizkę. Andźali pokazuje K. D. stos pieniędzy.   Tak – mówi K. D. – Zgadza się. – Czuje, że na jego twarzy pojawia się uśmiech. Ta sama gra, myśli. Wciąż trwa. Bierze od Andźali pióro, wbija czubek w plastikową folię i ciągnie. Przez powstałe rozcięcie wyciąga jeden banknot i podnosi go do okna, w stronę jasnego światła dnia. – Tak – powtarza. – Tak. Wydaje mi się, że to są ich pieniądze. – Nie ma pojęcia, co to możne oznaczać dla Andźali, i czy w ogóle to coś znaczy. Ale oni wszyscy są szczęśliwi: a to już jest ważne. Andźali zbiera pieniądze, zabiera swój bloczek, ściska K. D. i pospiesznie wychodzi. Musi iść, ale zostawia Amita Sarkara, który będzie słuchał K. D. i będzie nad nim czuwał. Organizacja wciąż pragnie, żeby on uczestniczył w tej grze, ale na to jest już za późno. K. D. kładzie się na łóżku, szeroko rozpościera ramiona. Poduszki są bardzo wygodne, miło czuć ich dotyk na policzku. Jest zmęczony. Czas odpocząć. Zamyka oczy. Oddycha głęboko i zasypia.

Ale oboje wiedzą, że to zajmie trochę czasu, trzeba przedrzeć się przez biurokrację w organizacji, obudzić pewnych ludzi, uzyskać zgodę i otworzyć sejfy. K. D. może nie mieć tyle czasu, może zapomnieć. Każe jej więc usiąść blisko i póki jeszcze pamięta fakty, zaczyna opowiadać. Przekazuje jej wszystko, co sam wie, co jeszcze tkwi w jego pamięci.W przeszłości większość naszych indyjskich pieniędzy drukowano w Związku Radzieckim. Po jego rozpadzie, kiedy wszystko było na sprzedaż, Pakistańczycy przeprowadzili pewną operację. Próbowali nabyć od Rosjan oryginalne matryce. Gdyby im się udało je uzyskać, mogliby podrabiać pieniądze i produkować autentyczne, idealne banknoty. Ale my domyśliliśmy się, co w trawie piszczy, i przejęliśmy matryce prosto z drukarni. Udało się nam uniemożliwić tę ich operację. Pakistańczycy przejęli jednak sporą ilość papieru używanego do drukowania oryginalnych banknotów. Spóźniliśmy się i nie zdążyliśmy temu zapobiec. Posiadając ten papier, wyprodukowali indyjskie banknoty o wysokim nominale, kilka serii. Mają bardzo utalentowanych techników. Ich falsyfikaty są naprawdę doskonałe. Widziałem kilka tych banknotów, przechwyconych w Dźammu i Amrytsarze. Są naprawdę bardzo dobre. Były zapakowane w plastik, w takich właśnie pakietach.

K. D. budzi się zapłakany. Czuje pieczenie w pięcie. Dawno temu, kiedy w towarzystwie Ćandera Ghosza siedział na glinianej podłodze lepianki, ze skrzyżowanymi nogami i bez butów, w lewą piętę ugryzł go jakiś owad. Pamięta to, pamięta, jak tarł kciukiem tę zaognioną, czerwoną plamę, i jak Ćander Ghosz na moment przerwał swoje pytania i z zaciekawieniem spojrzał na ukąszenie. K. D. przypomina to sobie i nagle ogarnia go jakiś przejmujący szloch. continue reading…

Niech to wszystko jutro się skończy, niech w nieuniknionym białym rozbłysku światła zakończy się ten bezsensowny pochód duchów. Jutro będzie po wszystkim. K. D. cieszy się tą myślą, i jest mu z tym dobrze.

Śni. Wie, że śpi, i wie, że śni. Ma świadomość, że jest śpiącym obserwatorem, a mimo to czuje przez grube podeszwy tenisówek tupot własnych, biegnących stóp. Grają w piłkę na wysoko położonym płaskowyżu, który udało się im wyrównać w zboczu góry. continue reading…

biznesmen krauze

No comments

W porządku – mówi i opada na poduszki. Chciałby się odprężyć, od płynąć, ale coś mu przeszkadza. Te pieniądze Gaitondego. W tych pieniądzach Gaitondego jest coś, co go drażni, ich obraz tkwi w jego głowie i uwiera go, jeden krore i dwadzieścia lakhów w paczkach z banku centralnego. K. D. próbuje usunąć z pamięci te pieniądze, nie chce ich. Skupia wzrok na ścianie, na widocznym na niej delikatnym drżeniu światła wywołanym wirowaniem wentylatora pod sufitem. Zapada w przyjemną senność, lekka jak piórko świadomość przelatuje przez wspomnienia, obrazy i myśli, zupełnie niczym nieskrępowana. Czuje, że jego umysł jest lekki, uwolniony od siły grawitacji. W dolnej połowie pola widzenia K. D. nadal pojawiają się duchy przeszłości, dawno zabici żołnierze, informatorzy, agenci, ofiary. Patrzy na to wszystko z jakąś cudowną obojętnością. A w górnej połówce przychodzą i odchodzą goście, starzy koledzy z wnukami. Doktor Kharas ze swoimi stażystami. Pielęgniarki i sanitariusze. W końcu wieczorem wraca Andźali i zwalnia Sarkara. Szepczą między sobą przez chwilę, a potem, w zapadającym półmroku, ona siada przy K. D. Nalega, żeby K. D. coś zjadł, a on nie protestuje, nie chcąc robić zamieszania. Równie dobrze mógłby zupełnie zrezygnować z jedzenia, i też by nie robił zamieszania. Teraz jest mu wszystko obojętne. Mija noc, a potem dzień. Patrzy na to wszystko, patrzy na życie oraz na życie wewnątrz jego oczu, ale to wszystko jest równie niematerialne, wszystko jest urojeniem, i doktor Kharas, z tymi jej kłującymi igłami i diagnozami, i Andźali, i zbaczające z kursu migi, z wyciem kierujące się w stronę pakistańskiego lotniska, i dwóch ludzi idących przez ryżowe pola. Wszyscy są złudzeniem, ci nierealni mężczyźni i te nierealne kobiety, żyją dzięki złudzeniom, za nie cierpią i przez nie też umierają.

graj edukacyjnie

No comments

Sięgnie do ukrytego schowka, w którym leży polski pistolet samopowtarzalny kaliber 7,65 mm, załadowany i z kulą wprowadzoną do komory. Po chwili wróci do chaty, trzymając dłoń przy boku i teczkę przed sobą. Strzeli Ćanderowi Ghoszowi w prawe oko, a Palaśowi w pierś i w tył głowy. Podczas szybkiego przeszukiwania chaty znajdzie tylko zabytkowego kolta kaliber 9 mm, który Ćander Ghosz trzymał odbezpieczony pod udem, w prawej ręce. Zabierze go i ucieknie. Ale to wszystko dopiero się wydarzy. Teraz K. D. widzi idącego przed nim Palaśa, jarzącą się zieleń ryżu i kanię, nurkującą nad ich głowami. continue reading…