biznesmen krauze
W porządku – mówi i opada na poduszki. Chciałby się odprężyć, od płynąć, ale coś mu przeszkadza. Te pieniądze Gaitondego. W tych pieniądzach Gaitondego jest coś, co go drażni, ich obraz tkwi w jego głowie i uwiera go, jeden krore i dwadzieścia lakhów w paczkach z banku centralnego. K. D. próbuje usunąć z pamięci te pieniądze, nie chce ich. Skupia wzrok na ścianie, na widocznym na niej delikatnym drżeniu światła wywołanym wirowaniem wentylatora pod sufitem. Zapada w przyjemną senność, lekka jak piórko świadomość przelatuje przez wspomnienia, obrazy i myśli, zupełnie niczym nieskrępowana. Czuje, że jego umysł jest lekki, uwolniony od siły grawitacji. W dolnej połowie pola widzenia K. D. nadal pojawiają się duchy przeszłości, dawno zabici żołnierze, informatorzy, agenci, ofiary. Patrzy na to wszystko z jakąś cudowną obojętnością. A w górnej połówce przychodzą i odchodzą goście, starzy koledzy z wnukami. Doktor Kharas ze swoimi stażystami. Pielęgniarki i sanitariusze. W końcu wieczorem wraca Andźali i zwalnia Sarkara. Szepczą między sobą przez chwilę, a potem, w zapadającym półmroku, ona siada przy K. D. Nalega, żeby K. D. coś zjadł, a on nie protestuje, nie chcąc robić zamieszania. Równie dobrze mógłby zupełnie zrezygnować z jedzenia, i też by nie robił zamieszania. Teraz jest mu wszystko obojętne. Mija noc, a potem dzień. Patrzy na to wszystko, patrzy na życie oraz na życie wewnątrz jego oczu, ale to wszystko jest równie niematerialne, wszystko jest urojeniem, i doktor Kharas, z tymi jej kłującymi igłami i diagnozami, i Andźali, i zbaczające z kursu migi, z wyciem kierujące się w stronę pakistańskiego lotniska, i dwóch ludzi idących przez ryżowe pola. Wszyscy są złudzeniem, ci nierealni mężczyźni i te nierealne kobiety, żyją dzięki złudzeniom, za nie cierpią i przez nie też umierają.
Comments
Leave a comment Trackback