Sięgnie do ukrytego schowka, w którym leży polski pistolet samopowtarzalny kaliber 7,65 mm, załadowany i z kulą wprowadzoną do komory. Po chwili wróci do chaty, trzymając dłoń przy boku i teczkę przed sobą. Strzeli Ćanderowi Ghoszowi w prawe oko, a Palaśowi w pierś i w tył głowy. Podczas szybkiego przeszukiwania chaty znajdzie tylko zabytkowego kolta kaliber 9 mm, który Ćander Ghosz trzymał odbezpieczony pod udem, w prawej ręce. Zabierze go i ucieknie. Ale to wszystko dopiero się wydarzy. Teraz K. D. widzi idącego przed nim Palaśa, jarzącą się zieleń ryżu i kanię, nurkującą nad ich głowami.

Co przyniesie przyszłość, w tym pierwszym, fioletowym migotaniu zmierzchu, na samym końcu świata? Z dwóch różnych stron K. D. Jadaw i Ćander Ghosz zmierzają w kierunku tej samej chaty, posępnej, z zapadniętym dachem i popękanymi ścianami z błota. Pierwszy z nich wciąż stara się jak najlepiej pracować dla Nehru, a drugi porzucił wygodne życie, uciechy klubu, klasztoru i grupy teatralnej, w imię innej wizji, równie wspaniałej i równie szalonej. Obaj wierzą, że gdzieś tam po drugiej stronie chaty, po drugiej stronie horyzontu, istnieje szczęście. Właśnie to, po prostu to: szczęście. Ale K. D. widzi teraz wyraźnie, dzięki tej wielkiej jasności postrzegania, którą stwarza mu jego choroba, że obaj zostali zdradzeni, i to zdradzeni, zanim jeszcze wyruszyli każdy w swoją wędrówkę. W piersiach K. D. rozwija się wielki kłąb pogardy dla tych młodych ludzi, tak zadufanych w swoje zdrowie, w tę prymitywną szczerość swoich marzeń. Cóż za głupcy. Jacyż egoiści. Czy oni w ogóle są w stanie zbudować coś, co nie doprowadziłoby do większej liczby morderstw, większych strat, większych obrzydliwości? „Pająk tka zasłony w pałacu cesarzy; sowa wzywa straże na wieżach Afrasiabu”. A jednak spiskowaliśmy, rzucaliśmy się sobie do gardeł i zabijaliśmy się. I nadal to robimy, i nigdy tego nie zaprzestaniemy. Będziemy miotać się od masakry do pogromu, a wszystko to w imię jakiegoś nieba w przyszłości. K. D. czuje głębokie poirytowanie, złość na całą rasę ludzką, na wszystko, co kiedykolwiek zrobiła. To życie jest obrzydliwe, myśli K. D. Niech się skończy. Niech to wszystko się skończy. Gaitonde obawiał się spadającego, białego światła, eksplozji i podmuchu wiatru, który zerwie wszystko, co zostało skonstruowane na powierzchni podmokłych bagien. K. D. Jadaw odwraca się na plecy i wyobraża to sobie, tę ogromną, pnącą się w górę eksplozję, nagłą śmierć, a potem ciszę. W końcu zapanuje cisza. Wszystko się ulotni, jak po zdmuchnięciu świecy.