Niech to wszystko jutro się skończy, niech w nieuniknionym białym rozbłysku światła zakończy się ten bezsensowny pochód duchów. Jutro będzie po wszystkim. K. D. cieszy się tą myślą, i jest mu z tym dobrze.

Śni. Wie, że śpi, i wie, że śni. Ma świadomość, że jest śpiącym obserwatorem, a mimo to czuje przez grube podeszwy tenisówek tupot własnych, biegnących stóp. Grają w piłkę na wysoko położonym płaskowyżu, który udało się im wyrównać w zboczu góry. Są tu wszyscy: Khandari, w tym swoim zielonym swetrze z Garhwalu, z którego wyłażą nitki ostrej wełny, Rastogi, rozstawiony gdzieś daleko po lewej, DaCunha, nieustannie krzyczący: „Pooodaj, pooodaj!”, i Ginzanang Dowara, który próbuje podać, ale zawsze traci piłkę. Jest niedziela, podzielili wszystkich ludzi, którzy akurat nie pełnią służby, na dwie drużyny, w każdej po czterdziestu ludzi, i grają w szaloną, dziką piłkę nożną, na tym najwyższej położonym, jak im się wydaje, boisku na ziemi. Wykopali je wprost w górze, zajęło im to dwa miesiące pracy na dużej wysokości przy poszerzaniu niemal płaskiego, naturalnego stoku. Piłka przywędrowała aż z Kalkuty, prywatnymi kanałami, dzięki życzliwości i uprzejmości różnych ludzi. Mogą więc teraz grać. Piłkę prowadzi Thangrikhuma, mały, krępy i bardzo szybki, prześlizguje się przez mur składający się z sześciu obrońców, uskakuje na boki i robi zwody, tak szybko, że można odnieść wrażenie, że ogląda się migotanie obrazu filmowego. K. D. głośno krzyczy z podziwu i rusza za nim w pogoń. Thangrikhuma jest szybki, bardzo szybki. Wie, że K. D. biegnie w jego stronę, ale nie przejmuje się tym, uśmiecha się tylko. K. D. biegnie ze wszystkich sił. Rozciągająca się dalej dolina jest zielona i szara, a górą płyną białe, puszyste obłoki. Thangrikhuma biegnie. Ale Marak, subedar, jest na swojej pozycji, niedaleko bramkarza i dwóch drewnianych palików, które wyznaczają bramkę. Marak jest stary i powolny, zawsze trzyma się w pobliżu bramki, a potem pojawia się w kluczowych momentach. To doświadczony zawodnik. Czeka, wyczekuje. Thangrikhuma czaruje go, tańczy z piłką, próbując nakłonić go do ataku. W końcu Marak atakuje, ten nasz przebiegły Marak wykonuje wślizg. Thangrikhuma wymyka się mu, ale, upadając, Marak zdąży jeszcze wyciągnąć nieomylną rękę, chwyta koszulkę i Thangrikhuma już leży na ziemi. Faul, faul, ale to męska gra i już za późno, żeby wołać, że był faul. K. D. przejął już piłkę i pędzi na teren przeciwnika. Jego partnerzy biegną przy nim, barkami odtrącając obrońców, a K. D. pędzi, pędzi tak szybko, uśmiecha się, widząc, jak piękne piłka się odbija, jak doskonale trzyma się podbicia jego stopy i wraca do niego, w pełni nad nią panuje, z łatwością przeprowadza ją obok Rastogiego, mija to ciężkie sapanie i tę mgiełkę potu, i już biegnie swobodnie, biegnie po boisku, słyszy, że DaCunha jest po lewej, Ginzanang Dowara doskonale ustawił się po prawej, a podskakująca piłka migocze biało-czarno. K. D. czuje ból w piersiach, jest szczęśliwy, powietrze jest zimne, a przed nim stoi bramka.