Zasiłki, fundusz zapomogowy i drobne oszczędności Katekara dały w sumie sześćdziesiąt siedem tysięcy siedem rupii i siedemdziesiąt cztery paisy. Rząd stanowy natychmiast przyznał rodzinie zmarłego zapomogę w wysokości dwóch lakhów, ale dziewięć i pół miesiąca trwało, zanim czek przedarł się przez meandry urzędu Mantralaja i przez nadgorliwą skrupulatność urzędników poszczególnych wydziałów. Minął prawie rok od śmierci męża, zanim Śalini mogła zrealizować czek i zdeponowała pieniądze na koncie. Obecnie całymi dniami biegała po sześciu gospodarstwach domowych, w których prała ubrania i zmywała naczynia, wykonując dźharu-katkę, a w każdym z tych domów za sprzątanie otrzymywała po tysiąc rupii. Przy dwójce dorastających synów pieniędzy było za mało i wyraźnie odczuwała ten gwałtowny brak w stosunku do czasów, kiedy Katekar przynosił do domu całe pliki banknotów. Ale w końcu na koncie pojawiły się te dwa lakhi, i chociaż dwa lakhi naraz mogło się zdawać zupełnie pokaźną sumą, Śalini dobrze wiedziała, że nagłe i nawet spore sumy pieniędzy dają jedynie złudzenie dobrobytu. I to właśnie starała się wytłumaczyć swojej siostrze.

-              Bharti – powiedziała. – Dwa lakhi to tylko wydaje się dużo. Ale pomyśl tylko, z ilu dni składa się nasze życie? Na jak długo te dwa lakhi wystarczą, biorąc pod uwagę trzy okresy życia? Moi synowie są jeszcze mali. Muszę zapłacić za ich szkołę, za wszystkie książki. A wszystko może się zdarzyć. W każdej chwili możemy potrzebować tych pieniędzy.

Bharti siedziała po turecku na wziętej z półki poduszce, naprzeciwko pracującego z pełną mocą wentylatora. Wytarła twarz w swoje pallu i pochyliła głowę, jak zawsze, kiedy była rozłoszczona.

-              Tai, jeśli nie masz zamiaru ich wydawać, to po co chcesz trzymać je w banku? Nam one są potrzebne teraz, a przecież on mówi ci, że dostaniesz lepszy procent niż w banku.